[WYWIAD] Ola Buczak – szczera, wrażliwa, silna!

Poznaj historię Oli Buczak – szczerej, wrażliwej i niezwykle silnej kobiety z Namysłowa.

ERA KOBIET: Olu, bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się dołączyć do naszego projektu „Jesteś piękna, Jesteś ważna” i podzielić się swoją historią w wywiadzie skierowanym do kobiet – mieszkanek Namysłowa. Twoja obecność i głos są dla nas niezwykle cenne.

Olu, jak to się stało, że postanowiłaś założyć własną firmę? Co było impulsem do działania?

OLA: Firmę otworzyłam już prawie sześć lat temu – w październiku minie sześć lat.

Zawsze chciałam mieć coś swojego. Z zawodu jestem nauczycielem języka polskiego, ale kiedy poszłam na praktyki studenckie, stwierdziłam, że to nie jest dla mnie. Chciałam mieć pracę, którą kończę o szesnastej i po powrocie do domu już nic więcej nie muszę robić. A teraz mam pracę, z której w ogóle nie wychodzę (śmiech!).

Ale robię to, co kocham. Od zawsze lubiłam piec. Mama mi ostatnio przypomniała, że kiedy w zerówce było odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych i ksiądz pytał, kim chcemy być w przyszłości, to ja odpowiedziałam, że chcę być cukiernikiem. To było marzenie zakorzenione we mnie od małego. A dlaczego otworzyłam firmę? Bo… chciałam. Ja już tak mam, że jeśli ktoś mi powie, że coś mi się nie uda, to wtedy jeszcze bardziej się mobilizuję.

Kiedy prawie 8 lat temu rozstałam się z moim byłym partnerem, usłyszałam od niego słowa: „Jak twoich rodziców zabraknie, to skończysz pod mostem i niczego nie osiągniesz”. Postanowiłam mu udowodnić, że się myli. Chciałam pokazać, że dam radę, i dlatego otworzyłam własną działalność.

ERA KOBIET: Z jakimi wyzwaniami musiałaś się zmierzyć na początku swojej drogi zawodowej?

OLA: Największym wyzwaniem były fundusze. Skąd je pozyskać, żeby otworzyć firmę? Wtedy akurat Polcia była malutka – miała roczek – a ja nie pracowałam. Nie miałam żadnych własnych pieniędzy. Mieszkałam z rodzicami i to oni pomagali mi w utrzymaniu mnie i Poli.

Rodzice mi pomogli i do dziś mnie wspierają. Mama kupiła mi meble do pracowni na Chrobrego. Brat pożyczył mi pieniądze na sprzęt. Zaryzykowałam. Bałam się bardzo, zastanawiałam się, skąd wezmę środki na zwrot, na opłacenie czynszu czy zusu. To było wtedy naprawdę przerażające, ale wszystko się poukładało – jak zawsze zresztą. Wystarczy w siebie uwierzyć. Zrobić ten pierwszy krok do przodu, a potem już z górki. To właśnie jest ta siła kobiety. Kiedy kobieta uwierzy w siebie, wszystko zaczyna iść do przodu.

ERA KOBIET: Pamiętam, że na początku prowadziłaś mały sklepik z wypiekami.

OLA: Tak, na ulicy Bolesława Chrobrego miałam taki mały lokalik, tuż obok kościoła. I od tego wszystko się zaczęło. Od tej małej witrynki.

ERA KOBIET: Te artystyczne ciasta i ciasteczka, smaki sprawiły, że namysłowianie Cię pokochali.

OLA: Bardzo się z tego cieszę, że zdobyłam tak wielu klientów. Było to dla mnie ogromnym wyzwaniem – zbudowanie bazy klientów. Tak właśnie było na początku. Trzeba zbudować solidną bazę klientów, żeby utrzymać się na rynku. Torty artystyczne to jednak towar luksusowy – nie zamawia się ich co tydzień, tylko raczej na szczególne okazje, jak urodziny dzieci, chrzty czy wesela. Dlatego ta baza musiała być naprawdę szeroka. Wielu klientów jest ze mną od samego początku. Pamiętam, jak jeszcze na Chrobrego regularnie, co piątek, przychodzili do witrynki i kupowali moje smakołyki. Teraz ci sami klienci często są gośćmi w kawiarni. Muszę jednak przyznać, że prowadzenie tamtej firmy było dużo łatwiejsze niż teraz. Wtedy to była tylko sprzedaż w piątki, soboty plus zamówienia. A tutaj kawiarnia jest otwarta praktycznie cały tydzień. Już od wtorku zaczynamy produkcję i później do niedzieli włącznie jesteśmy otwarci.

Mam jedynie poniedziałek wolny i to też nie do końca, bo wtedy trzeba zrobić zakupy, uzupełnić zapasy, popłacić faktury.

Dużo więcej wyzwań, problemów logistycznych tutaj mnie napotkało. Kiedy kawiarnia ruszyła pełną parą, moja psychika tego nie wytrzymywała. . Bardzo się załamałam. Codziennie płakałam, codziennie mówiłam po co mi to było? Nie spodziewałam się takiego zainteresowania tym miejscem. Pracowałam po 18-19 h dziennie, 7 dni w tygodniu. O 20.00 zamykaliśmy lokal, dziewczyny wracały do swoich domów, a ja zostawałam i piekłam ciasta na kolejny dzień. Teraz jednak staram się znaleźć balans.

Mów mi Słodko to miejsce, z którego mogę być dumna. Bo naprawdę nie każdy potrafiłby temu sprostać: wyzwaniom logistycznym, finansowym, a także ciężarowi odpowiedzialności. To ogromny sukces, że udało się to udźwignąć, mimo że niektórzy mówili kiedyś, że się nie uda. Największą satysfakcję po tym wszystkim dają mi moi klienci, którzy mnie odwiedzają – to właśnie oni pokazują mi, że było warto.

ERA KOBIET: Czy bycie kobietą w biznesie daje ci przewagę, czy raczej stawia dodatkowe wymagania?

OLA: Jeżeli chodzi o biznes cukierniczy – taki jak torty czy słodkie stoły, które tworzę już od sześciu lat – to zauważyłam, że w większości prowadzą go kobiety. Bardzo mało jest mężczyzn, którzy się tym zajmują.

ERA KOBIET: Czy myślisz o zatrudnieniu mężczyzny?

OLA: Nie wykluczam tego. Jeżeli znalazłby się pasjonat cukiernictwa, to jestem otwarta na współpracę. Jak na razie jednak żaden taki się nie pojawił.

ERA KOBIET: Jak łączysz życie zawodowe z prywatnym? Czy łatwo znaleźć równowagę?

OLA: To nie jest łatwe zadanie, zwłaszcza teraz, gdy prowadzę kawiarnię. To nie jest tak, że praca kończy się o siedemnastej i można spokojnie zająć się domem. Głowa cały czas pracuje – myślę o tym, że trzeba zapłacić faktury, złożyć zamówienia, odpisać klientom na maile. To bywa naprawdę trudne. Staram się jednak coraz więcej zadań delegować dziewczynom. Daję im przestrzeń, żeby mogły się wykazać, i to bardzo mi pomaga w znalezieniu równowagi.

Co mogę, to oddaję w ich ręce. Staram się odpuszczać, bo kiedy wszystko musiałam robić sama, bardzo podupadało moje zdrowie psychiczne.

Końcówka budowy była dla mnie niezwykle trudnym czasem. Każdy czegoś ode mnie chciał – ciągłe telefony, milion spraw do załatwienia. Z jednej strony klienci, z drugiej kwestie finansowe, a do tego jeszcze rozliczenia. Byłam tak przeciążona, że codziennie miałam poczucie, że nie dam już rady. Codziennie płakałam.

Dlatego właśnie w pracy trzeba znaleźć balans między obowiązkami a życiem prywatnym – bo inaczej można się bardzo szybko wypalić. Na szczęście teraz jest już lepiej. Ostatnio, we wtorek, wróciłam do domu o 19 i pomyślałam: „Nie wierzę, że to się udało”. Byłam pewna, że taki dzień już nigdy się nie zdarzy. Zawsze myślałam, że już będę kończyć pracę po północy. W pierwszym miesiącu prowadzenia kawiarni zaczynałam o siódmej rano, a wracałam do domu o trzeciej w nocy. Nie miałam wtedy w ogóle czasu dla dziecka.

Staram się robić wszystko, żeby mieć więcej czasu dla siebie, dla dziecka i dla rodziny. Mam też ogromne szczęście do zespołu. Wszyscy mnie straszyli pracownikami: „Zobaczysz, jakie będą problemy, jak to będzie wyglądać”. A ja mam naprawdę fajne dziewczyny i mogę na nie liczyć.

ERA KOBIET: Co daje Ci najwięcej radości na co dzień?

OLA: Największą przyjemność daje mi czas z bliskimi – z dzieckiem, z partnerem. Lubię spokojne wieczory przy Netflixie, kocham dobrze zjeść. Jedzenie to jedyna rzecz, na którą nie żałuję pieniędzy 🙂 Ubrania i kosmetyki mogą być najtańsze, ale jedzonko musi być z najlepszych składników. Uwielbiamy z moim partnerem i Polcią „zwiedzać” dobre restauracje. Nie potrzebuję w życiu wielkich wrażeń. Jedyne czego mi teraz brakuje, to odrobiny spokoju.

ERA KOBIET: Co jest dla Ciebie największą satysfakcją w prowadzeniu działalności?

OLA: Przede wszystkim niezależność finansowa. Zawsze powtarzam młodym dziewczynom, kuzynkom, ich dzieciom: „Bądźcie niezależne”. Ja kiedyś byłam uzależniona finansowo od mojego męża i to było straszne. Kiedy jesteś finansowo zależna od drugiej strony (męża, partnera, rodziców) wiele rzeczy musisz wybaczać, na wiele się zgadzać. Nigdy więcej do tego nie dopuszczę – i właśnie to daje mi największą siłę.

Dodatkowo ogromną satysfakcję sprawiają mi moi klienci. Kiedy przychodzą odbierać torty i mówią, że aż żal kroić. A później dostaję feedback, że było przepysznie, że wszyscy goście chwalili. To daje mi poczucie sensu, że to, co robię, sprawia innym przyjemność. Największe szczęście jest wtedy, kiedy klienci wracają. Duża część moich klientów stała się moimi bardzo dobrymi znajomymi, a nawet przyjaciółmi.

ERA KOBIET: Jakie cechy Twoim zdaniem pomagają kobietom odnosić sukcesy w małych lokalnych biznesach?

OLA: Przede wszystkim uważam, że w tym, co się robi, trzeba być szczerym. Zawsze powtarzam, że klienta można oszukać tylko dwa razy – pierwszy i ostatni.

Wszystko musi być robione z sercem, trzeba dawać z siebie sto procent. Jeśli chodzi o mój biznes – najpierw tortowy, a teraz kawiarnię – dla mnie najważniejsza jest jakość.

Staram się tworzyć produkty szyte na miarę. Spełniać marzenia moich klientów.

Zawsze powtarzałam, że wolę podnieść cenę, niż obniżyć jakość. Kiedy zaczynałam biznes, mówiono mi: „No fajnie, fajnie, że wszystko naturalne, ale później i tak będzie jak wszędzie – masówka, margaryny…”. A ja odpowiadałam: „Nie, wolę, żeby towar nie był dla każdego, ale żeby był wyjątkowy i zrobiony z najlepszych składników”.

Trzeba też być konsekwentnym i iść do przodu mimo przeciwności. Nigdy się nie poddawać. Ja naprawdę bardzo dużo w życiu przeszłam.

Zaczęło się jeszcze na studiach. Straciłam ciążę, a później zachorowałam na raka – w ostatnim stadium. Kiedy dostałam diagnozę i sprawdziłam informacje w internecie, zobaczyłam tylko jedno: koniec. Leczenie paliatywne, przerzuty… Usunęłam wtedy Facebooka, chciałam rzucić studia. Mówiłam: „Po co mnie w ogóle leczyć, skoro i tak nic z tego nie będzie?”. Przez kilka dni byłam zupełnie załamana.

Ale to jeszcze nie było najgorsze. Największy cios przyszedł później, kiedy dowiedziałam się, że mój mąż przez trzy lata prowadził podwójne życie – miał drugą dziewczynę, z którą był zaręczony. Pierwszą zdradę mu wybaczyłam, bo go bardzo kochałam, był moim pierwszym chłopakiem i – jak już wspominałam – byłam od niego uzależniona finansowo. Studiowałam, leczyłam się, a on zarabiał i powtarzał, że nie muszę pracować. Dawał mi wszystko, czego potrzebowałam, ale dziś wiem, że to ogromna pułapka. Bo jest dobrze – dopóki jest dobrze. A kiedy coś się psuje, pojawia się wypominanie i poczucie zależności.

Rozwód był dla mnie przełomem. W styczniu 2016 roku się rozwiodłam i od razu zaczęłam iść własną drogą. Najpierw, żeby zająć głowę, a później z przekonaniem, że to może być mój sposób na życie. Postanowiłam, że wezmę sprawy w swoje ręce. Że już nigdy nikt nie będzie za mnie decydował ani zmuszał mnie pośrednio do wybaczania rzeczy, których nie powinnam wybaczać.

To był moment mojej wewnętrznej przemiany. Kiedyś byłam osobą nieśmiałą – wstydziłam się zamówić pizzę przez telefon, bałam się jeździć autem do Wrocławia i wybierałam pociąg. Po rozwodzie coś pękło. Powiedziałam sobie: „Bach! Musisz coś ze sobą zrobić”. I zrobiłam. Dziś nie boję się niczego – może poza stratą najbliższych. Ale wyzwań już się nie lękam. Często wychodzę ze swojej strefy komfortu.

To moje przesłanie do kobiet: nie bójcie się, walczcie o swoje. Życie nie jest łatwe, potrafi powalić na kolana, ale każda taka sytuacja nas wzmacnia. Siła kobiety nie rodzi się w komforcie – rodzi się w bólu, w trudnych doświadczeniach. I właśnie dzięki nim stajemy się mądrzejsze, piękniejsze wewnętrznie, silniejsze i bardziej świadome.

Jeśli chodzi o zdrowie – lekarze mówili, że nawrót choroby może przyjść nawet po dwudziestu latach. Ale w ubiegłym roku, podczas kontroli w Gliwicach, usłyszałam od lekarza: „Minęło już trzynaście lat. Może Pani spokojnie chodzić do endokrynologa w swoim miejscu zamieszkania, nie musi Pani już przyjeżdżać do centrum onkologii”. To był dla mnie przełomowy moment. Każda wizyta tam wiązała się z ogromnym stresem i przywoływała wszystkie trudne wspomnienia. Teraz to jakby trochę odeszło w cień.

Oczywiście gdzieś z tyłu głowy zawsze jest ta świadomość, ale staram się żyć pozytywnie. To moja życiowa zasada – po co myśleć negatywnie? Każdy ma chwile słabości, każdy czasem się podłamie i popłacze. To normalne, to oczyszcza. Ale wierzę, że jeśli jesteśmy dobrzy dla innych, to dobro wraca – może nie od tej samej osoby, ale zawsze wraca.

I ja tej pomocy doświadczyłam naprawdę wiele razy. Nawet podczas budowy kawiarni – problemów było mnóstwo, a wystarczył jeden telefon i wszystko się układało. Myślę, że to właśnie dzięki prowadzeniu biznesu poznałam tylu ludzi w różnych środowiskach, którzy z chęcią wyciągnęli rękę, kiedy tego potrzebowałam.

ERA KOBIET: Czym jest dla Ciebie kobieca siła? Co ją buduje?

OLA: Moim zdaniem kobiecą siłę budują doświadczenia – przede wszystkim te bolesne. To właśnie one kształtują moc sprawczą i dają poczucie dumy, że mimo trudności udało się osiągnąć coś ważnego. Ja jestem ogromnie dumna z tego, że pomimo wszystkich przeciwności udało mi się otworzyć firmę, a później kawiarnię, która dziś ma wielu fanów.

Kobiecą siłę buduje też wsparcie innych kobiet. Mam wokół siebie niewiele takich osób, ale te, które są, cieszą się z moich sukcesów tak, jakby to były ich własne. To niesamowicie napędza – wiedzieć, że są kobiety, które nie oceniają, tylko po prostu są, wspierają i pomagają, kiedy trzeba.

Oczywiście nie tylko kobiety. Mężczyźni również mnie wspierają, i to czasem w sposób, którego w ogóle się nie spodziewałam. Przekonałam się w ostatnich miesiącach, że mam wokół siebie naprawdę wielu ludzi, na których mogę liczyć w każdej sytuacji. Wiem, że nie każdy ma takie szczęście – ja kiedyś też nie miałam, szczególnie jeśli chodzi o relacje z mężczyznami. Ale dziś przyciągam dobre osoby, które chcą przy mnie być nie dla korzyści, tylko z prawdziwej przyjaźni.

Bo przyjaciół poznaje się nie tylko w biedzie – prawdziwych przyjaciół poznaje się przede wszystkim po tym, jak reagują na Twój sukces. Niestety, nie wszyscy potrafią się nim cieszyć. Często słyszałam: „Po co ona jeździ po tych restauracjach? Skąd ma pieniądze na wakacje, skoro się buduje?”. Ludzie nie widzą, ile za tym stoi pracy – nikt nie patrzy na to, że potrafiłam pracować po szesnaście godzin dziennie, przez trzydzieści jeden dni w miesiącu, tak że dziecko pytało, czy mama wróci na święta do domu.

Tego nikt nie dostrzega. Ludzie widzą tylko efekt końcowy, a nie ciężką drogę i wszystkie upadki po drodze.

ERA KOBIET: Olu jesteś inspiracją dla wielu młodych kobiet. Co chciałabyś im przekazać?

OLA: Przede wszystkim chciałabym, żeby kobiety wierzyły w piękno swoich marzeń i nigdy się nie poddawały. Nawet jeśli milion problemów spadnie im na głowę – niech pozwolą sobie dzień czy dwa na łzy, a potem niech wezmą się w garść i idą do przodu. Bo wszystko jest możliwe. Wystarczy chcieć.

ERA KOBIET: Jakie masz marzenia na przyszłość – zarówno zawodowe, jak i osobiste?

OLA: Moim osobistym marzeniem od zawsze było to, żeby do czterdziestki wybudować dom. Wiem, że już się to nie uda, bo zostały mi tylko dwa lata, a przede mną jeszcze spłata dużego kredytu. Ale traktuję kawiarnię jako mój drugi dom, więc w pewnym sensie marzenie już zaczęło się spełniać. Daję sobie pięć lat i wierzę, że wtedy się uda – wybuduję dom, w którym zamieszkam z moim dzieckiem i partnerem. Będziemy mieć koty (jesteśmy „kociarze”), a dom stanie na działce przy lesie, gdzie będzie śpiew ptaków i spokój. Tak to sobie wyobrażam – taras, wieczory w ciszy i odpoczynek od codziennego zgiełku.

Zawodowo? Już wiele marzeń udało mi się spełnić – firma, kawiarnia… Ale wciąż marzy mi się kiedyś postawienie na tej działce sali weselnej – takiej nowoczesnej, przeszklonej stodoły, otoczonej naturą. To daleka perspektywa, może za jakiś czas, a może to marzenie się zmieni. Na razie chcę zadbać o spokój w życiu prywatnym, o zdrowie, poświęcić więcej czasu sobie i rodzinie.

Kiedyś marzy mi się też, żeby szkolić w robieniu słodkich stołów. Może nie dzieci, bo miałam okazję kilka razy uczestniczyć w warsztatach z maluchami w przedszkolu i upewniłam się, że dobrze zrobiłam, nie idąc do pracy w szkole. To bardzo ciężka praca. Wymagająca, odpowiedzialna i bardzo wyczerpująca fizycznie i psychicznie. Ale młodzież i osoby z pasją – tak, chętnie przekażę im wiedzę.

ERA KOBIET: Jakie kobiety Cię inspirują? Czy masz swoje autorytety?

OLA: Podziwiam wiele kobiet – na przykład te, które ryzykowały własnym życiem, poświęcały się w imię wyższych wartości. Choćby Irenę Sendlerową, która podczas wojny narażała siebie, by ocalić dzieci z getta.

Ale dla mnie prawdziwymi autorytetami są też zwykłe kobiety – mamy chorych dzieci. Bardzo je podziwiam, bo nie wiem, czy sama poradziłabym sobie w ich sytuacji. One mierzą się z ogromnymi trudnościami, często bez żadnej pomocy ze strony państwa. Dziecko niepełnosprawne liczy się „do dnia porodu”, a później zostają same z tym ciężarem. Zdarza się, że mężowie nie wytrzymują presji i odchodzą, a one muszą radzić sobie samotnie. To, moim zdaniem, jedno z najcięższych doświadczeń w życiu.

Autorytetem była też dla mnie moja babcia – przeżyła wojnę, zesłanie na Sybir, wiele ciężkich lat na obczyźnie. Wiedziała, co to znaczy głód, chłód, mordercza praca i mimo tego wszystkiego potrafiła sobie poradzić, przetrwać, wychować dzieci i być najcudowniejszą Babunią na świecie.

ERA KOBIET: Gdybyś miała podsumować jednym zdaniem: kim jest Ola Buczak?

OLA: To dziewczyna, która nigdy się nie poddaje. Która kocha całym sercem, zrobi dla tych, których kocha wszystko i zawsze walczy o swoje marzenia.

Jestem bardzo wrażliwa i życie nauczyło mnie doceniać to, czego nie da się kupić za pieniądze. Nie przejmuję się drobiazgami – zepsute auto czy inne rzeczy materialne to nie problem. Najważniejsze są dla mnie ludzie i relacje. Można mieć milion na koncie, ale jeśli nie ma się obok ludzi, którzy naprawdę kochają i są gotowi wskoczyć dla Ciebie w ogień – to tak naprawdę nie ma się nic.

Dziś bardzo doceniam swoje życie i to, jak wygląda teraz w porównaniu do tego, jak wyglądało dziesięć lat temu. Wtedy codziennie płakałam, martwiłam się, nie miałam spokoju. Teraz – mimo natłoku obowiązków i braku czasu – mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.

Mam fajny związek, na który bardzo długo czekałam po dwóch nieudanych relacjach. W końcu trafiłam na wspaniałego człowieka – najlepszego, jakiego znam. To osoba, której mogę powiedzieć wszystko, która rzuci swoje obowiązki i w trzy minuty jest obok mnie, jeśli tego potrzebuję.

Cieszę się też, że mam rodziców, którzy bardzo mnie kochają i są ze mnie dumni. Brata, na pomoc którego mogę liczyć w każdej sytuacji. Wiem, że oni zawsze będą blisko, nawet jeśli czasem się pokłócimy. I to są dla mnie te najważniejsze, prawdziwe wartości.

Olu dziękuję za rozmowę 🌹💓

Wywiad przeprowadziła – Lucyna Medyk